
Cztery setne procenta. Maszyna, która nocą wdycha CO₂, a o świcie wydycha paliwo
Płuco na odwrót
Jest noc w laboratorium w Cambridge. Przez szklaną rurkę o średnicy sześciu milimetrów przepływa powietrze — dokładnie to samo, którym oddychamy na ulicy. Czterysta cząsteczek CO₂ na milion. To wszystko, co maszyna ma do dyspozycji.
I tu tkwi sedno problemu, który przez dekady wydawał się nierozwiązywalny. Dwutlenek węgla jest jednocześnie największym odpadem naszej cywilizacji i jednym z najtrudniejszych do wychwycenia składników atmosfery. Rocznie emitujemy do atmosfery czterdzieści miliardów ton, a w każdym litrze wdychanego powietrza CO₂ to zaledwie cztery dziesięciotysięczne. Ułamek.
Aby wychwycić jedną tonę CO₂, trzeba przepuścić przez filtr powietrze o objętości dwudziestu pięciu basenów olimpijskich.
A musimy wychwycić nie tonę, nie milion ton, ale miliardy. Raporty IPCC są tu jednoznaczne: samo zatrzymanie emisji nie wystarczy. Nawet jeśli jutro przestaniemy spalać paliwa kopalne, w atmosferze zostanie tyle CO₂, ile nagromadziliśmy przez sto pięćdziesiąt lat. Żeby utrzymać ocieplenie w granicach, które da się przeżyć, trzeba będzie aktywnie usuwać z powietrza pięć do dziesięciu miliardów ton rocznie do końca stulecia. To jak wyławianie soli z oceanu — łyżeczką, ale na skalę całej planety.
Zespół Erwina Reisnera z Uniwersytetu w Cambridge zbudował maszynę, która to robi — i od razu zamienia wychwycony gaz w paliwo. Opisali ją w „Nature Energy" w lutym 2025 roku. Maszyna wygląda skromnie: dwie rurki wypełnione proszkiem, paraboliczne lustro, taśma. Ale działa jak płuco na odwrót. W nocy wdycha CO₂. O świcie wydycha syngaz.
Jedna amina, jedna cząsteczka
Serce maszyny to dwa złoża. Pierwsze wychwytuje. Drugie przetwarza.
Pierwsze złoże to porowata krzemionka nasączona polietylenoiminą — długim, rozgałęzionym polimerem, który ma jedną obsesję: wiązać CO₂. Amina działa jak zamek błyskawiczny zapinany na jedną, konkretną cząsteczkę. Każda grupa aminowa chwyta jedną cząsteczkę dwutlenku węgla, tworząc karbaminian. Reakcja znana od dekad, ale tu wykorzystana z precyzją: połowa masy złoża to czysta amina, upakowana w pory krzemionki o powierzchni trzystu metrów kwadratowych na gram.
Przez dwanaście godzin powietrze przepływa przez złoże. CO₂ zostaje pochłonięty. Na wyjściu — powietrze wolne od CO₂. Gram adsorbentu wychwytuje osiemdziesiąt siedem miligramów gazu — wagę dwóch ziaren ryżu. Brzmi marnie, dopóki nie przeliczysz tego na skalę problemu.
Potem nadchodzi dzień. I tu pojawia się druga część sztuczki.
Samo wychwycenie CO₂ to dopiero połowa drogi. Żeby go wykorzystać, trzeba go najpierw uwolnić — a to zwykle wymaga podgrzania złoża do temperatury, przy której traci się więcej energii, niż uzyskuje. Reisner znalazł wyjście: paraboliczne lustro trzykrotnie skupiające światło słoneczne i czarna taśma pochłaniająca promieniowanie podczerwone. Złoże rozgrzewa się do stu stopni Celsjusza — temperatury wrzątku. Bez pieca, bez prądu. Tylko słońce.
I wtedy następuje kluczowy moment całej historii: gaz, który w powietrzu stanowił cztery setne procenta, wychodzi ze złoża w stężeniu trzydziestu procent. Siedemset pięćdziesiąt razy większe stężenie.
Kobalt i plastik z butelki
Uwolniony, stężony CO₂ trafia do drugiego złoża. Tam czeka katalizator: cząsteczka kobaltu osadzony na dwutlenku tytanu — tym samym, który znajdziesz w białej farbie i kremie z filtrem. Pod wpływem światła dwutlenek tytanu uwalnia elektrony, a kobalt kieruje je do cząsteczki CO₂, redukując ją do tlenku węgla.
Rezultat to syngaz — mieszanina tlenku węgla i wodoru. To surowiec, z którego przemysł chemiczny wytwarza dziś paliwa, tworzywa sztuczne i leki. Nie energia sama w sobie, lecz chemiczny klocek do budowy niemal wszystkiego.
I tu Reisner zrobił coś, co odróżnia jego maszynę od dziesiątek wcześniejszych prób. Wszystkie dotychczasowe systemy redukcji CO₂ wykorzystywały wodę jako źródło elektronów — a rozszczepienie wody to reakcja termodynamicznie kosztowna, pochłaniająca dwieście trzydzieści siedem kilodżuli na mol. Zespół z Cambridge zastąpił wodę czymś, czego mamy pod dostatkiem i co normalnie zalega na wysypisku: plastikiem PET.
Z rozłożonej butelki po coli — dosłownie z butelek kupionych w supermarkecie — wyodrębnili glikol etylenowy. To on oddaje elektrony, umożliwiając konwersję CO₂ do syngazu. Jedna maszyna rozwiązuje trzy problemy naraz: wychwytuje CO₂ z powietrza, przetwarza odpad plastikowy i produkuje surowiec chemiczny. W eksperymencie trwającym dziewięćdziesiąt sześć godzin układ wyprodukował ponad tysiąc pięćset mikromoli syngazu na gram katalizatora, z selektywnością osiemdziesięciu procent wobec tlenku węgla.

Rys. 1. Maszyna pracuje w dwóch fazach: nocą amina łapie CO₂ z powietrza (0,04%), w dzień słońce uwalnia go w stężeniu 30% i zamienia na syngaz. Źródło: Kar S. et al., Nature Energy (2025), DOI: 10.1038/s41560-025-01714-y.
Dlaczego nikt nie zrobił tego wcześniej
Odpowiedź brzmi: tlen.
Powietrze to nie tylko CO₂. W jednej piątej to tlen — a tlen jest bezwzględnym konkurentem. Kiedy próbujesz redukować CO₂ w obecności tlenu, elektrony wolą reagować z tlenem. Proces, który miał wytwarzać paliwo, zaczyna produkować wodę i ciepło. Klasyczny fotokatalizator w kontakcie z powietrzem po prostu gaśnie.
Stąd cały spryt pomysłu z Cambridge: rozdzielić procesy w czasie. W nocy złoże wychwytuje CO₂ i przepuszcza resztę gazów dalej — łącznie z tlenem. O świcie, gdy złoże oddaje stężony CO₂, w strumieniu nie ma już tlenu. Redukcja przebiega czysto. To jak oddzielić zbieranie ziarna od mielenia mąki — nie robisz obu naraz w tym samym pomieszczeniu.
Samo marzenie jest stare. Sztuczna fotosynteza — rozbicie CO₂ i wody pod wpływem światła, tak jak robią to rośliny — to Święty Graal chemii od lat siedemdziesiątych. Reisner gonił go przez piętnaście lat swojej kariery, publikując kolejne katalizatory, które pięknie działały w laboratorium i zawodziły w kontakcie z rzeczywistym powietrzem. Bo w probówce masz czysty CO₂ z butli. W atmosferze masz cztery setne procenta i konkurujący tlen. Różnica między jednym a drugim to różnica między strzelaniem do tarczy z metra a z kilometra — z zawiązanymi oczami.
Nie znaczy to, że maszyna jest gotowa do wdrożenia przemysłowego. Sprawność wykorzystania światła do uwolnienia CO₂ to ułamek procenta. Liczby molowe trzeba pomnożyć przez tysiące. Ale architektura — nocny wychwyt, dzienna konwersja, plastik jako paliwo pomocnicze — to szkielet, na którym można budować.
Rynek, który czeka na taką maszynę
Świat już płaci za wychwytywanie CO₂ z powietrza. Bezpośredni wychwyt — direct air capture, DAC — przestał być domeną laboratoriów.
W Islandii działa zakład Mammoth, należący do szwajcarskiej firmy Climeworks. To największa na świecie instalacja DAC, wychwytująca około trzydziestu sześciu tysięcy ton CO₂ rocznie i trwale składowująca je w podziemnych formacjach bazaltowych. W Teksasie powstaje Stratos, budowany przez 1PointFive z wykorzystaniem technologii Carbon Engineering — docelowo pół miliona ton rocznie. Do sektora wkraczają kolejni gracze: Heirloom wykorzystuje wapień, który wiąże CO₂ i przekształca się w skałę, a dziesiątki start-upów rozwijają nowe materiały sorpcyjne.
Koszt? Obecnie setki dolarów za tonę. Branża dąży do tego, by do końca dekady obniżyć tę kwotę do stu dolarów — poziomu, przy którym DAC przestaje być ciekawostką, a staje się przemysłem.
Ale wszystkie te instalacje to tylko połowa rozwiązania. Wychwytują CO₂ — i składowają go pod ziemią albo sprzedają jako gaz techniczny. Wychwycony węgiel staje się kosztem, nie przychodem. Sama produkcja czystego CO₂ z powietrza kosztuje od stu dwudziestu pięciu do trzystu trzydziestu pięciu dolarów za tonę. A składowanie pod ziemią przez dekady rodzi pytania, na które nikt nie zna odpowiedzi.
Maszyna z Cambridge odwraca tę logikę. Zamiast płacić za zakopanie odpadu, zamienia go w surowiec na miejscu — bez transportu, bez podziemnych magazynów. To różnica między wysypiskiem a recyklingiem, tylko w skali całej atmosfery.
Oczywiście diabeł tkwi w liczbach. Składowanie CO₂ jest tańsze niż jego konwersja — dlatego niemal wszystkie dzisiejsze instalacje DAC wybierają właśnie tę opcję. Ale składowanie ma swoją cenę, tyle że odroczoną w czasie: nikt nie zagwarantuje, że gaz zostanie pod ziemią przez tysiąc lat. Konwersja na syngaz jest dziś droższa, ale daje produkt, który sam się sprzeda. To wybór między jednorazowym kosztem a inwestycją, która się zwraca. Reisner stawia na to drugie — i dlatego jego praca z Cambridge, choć wciąż na etapie badań laboratoryjnych, trafiła do jednego z najważniejszych czasopism energetycznych świata, a nie do niszowego periodyku o katalizie.

Rys. 2. Igła w stogu siana: w powietrzu CO₂ to jedna cząsteczka na 2500, ale po wychwycie stężenie rośnie 750-krotnie — dopiero wtedy da się z niego zrobić paliwo. Źródło: Kar S. et al., Nature Energy (2025), DOI: 10.1038/s41560-025-01714-y.
Polska: od emisji do surowca
Polska zajmuje w tym kontekście szczególne miejsce. Należymy do największych emitentów CO₂ w Europie — setki milionów ton rocznie, przy energetyce wciąż opartej na węglu. Dla nas dwutlenek węgla to dziś czysty koszt: rosnące ceny uprawnień w systemie ETS, które za dekadę mogą uczynić produkcję energii z węgla nieopłacalną.
Ale ten sam gaz może stać się surowcem. Polska chemia ma doświadczenie w wychwycie CO₂. Bartosz Dziejarski z Politechniki Wrocławskiej i Renata Krzyżyńska z AGH należą do grupy, która od lat analizuje technologie CCUS — ich praca przeglądowa w „Fuel" z 2023 roku ma ponad sześćset cytowań i należy do najczęściej cytowanych prac o wychwycie CO₂ na świecie. Druga, w „Materials Today Sustainability", to kolejne trzysta.
Przemysł ma na czym budować. Orlen, jako największa polska firma, deklaruje inwestycje w wodór i wychwyt węgla. Grupa Azoty, będąca największym producentem nawozów w Unii Europejskiej, już dziś wykorzystuje CO₂ do produkcji mocznika i mogłaby pozyskiwać go z własnych emisji zamiast kupować. PGE i Synthos patrzą na dekarbonizację przez pryzmat nowych technologii. Pieniądze są: NCN i NCBR finansują badania, a FENG i Krajowy Plan Odbudowy — wdrożenia.
Tego, czego brakuje, nie da się kupić za grant. To most między laboratorium chemicznym a kominem elektrowni. Maszyna, która w nocy wychwytuje CO₂, a o świcie oddaje paliwo, to właśnie taki most.
Dla kraju, który emituje najwięcej w regionie, stawka jest najwyższa z możliwych. Za dekadę polski przemysł stanie przed prostym wyborem: kupować coraz droższe uprawnienia za każdą tonę CO₂ — albo traktować ten gaz jak surowiec. Druga opcja wymaga dokładnie tego, co zbudował zespół z Cambridge: technologii, która nie ucieka od problemu niskiego stężenia, tylko zamienia go w atut. Czasu jest mało. Ale przepis już leży na stole — zapisany w jednej szklanej rurce i jednym parabolicznym lustrze.
Źródła
- Kar S. et al., Direct air capture of CO₂ for solar fuel production in flow, Nature Energy 10, 448–459 (2025). DOI: 10.1038/s41560-025-01714-y
- Dziejarski B., Krzyżyńska R. et al., Current status of carbon capture, utilization, and storage technologies in the global economy, Fuel (2023). DOI: 10.1016/j.fuel.2023.127776
- Dziejarski B., Krzyżyńska R. et al., CO₂ capture materials: a review of current trends and future challenges, Materials Today Sustainability (2023). DOI: 10.1016/j.mtsust.2023.100483
Komentarze· 0
Brak komentarzy. Dodaj pierwszy.